| |
|
|
|
| | | | | | | | | |
Niedaleko Poznania jest małe miasteczko, jak tysiące w Polsce.
Przez to miasteczko przebiega główna droga do Warszawy, A 2. W
samym centrum Swarzędza, bo to o nim mowa, około 30 metrów od
ruchliwej i popularnej drogi stoi sobie stary dom. Nie byłoby w
tym nic dziwnego, gdyby nie pewna historia i wyjątkowi mieszkańcy
domu…
Historia zaczyna się banalnie – małżeństwo lekarzy kupiło dom w Swarzędzu i w nim zamieszkało. Mieli wielkie i dobre serca, więc nie pozostawali nieczuli na nieszczęście Braci Mniejszych. Każdy zagubiony, okaleczony pies czy kot mógł liczyć na schronienie u nich. W miarę upływu lat zwierząt przybywało, a małżeństwo stało się uroczą parą staruszków. Zaczęli pomagać im ludzie podobni w swej miłości do zwierząt, włączyło się też Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami z Poznania. Państwo Fitznerowie, właściciele domu i terenu, postanowili na zawsze zapisać swoją posiadłość na rzecz zwierząt. W 1995 roku uregulowano kwestie prawne i odtąd formalnie zarejestrowano tam Schronisko Dla Bezdomnych Zwierząt pod egidą TOZu.
Na początku zwierząt było niewiele. Z dnia na dzień jednak zaczynało ich przybywać. Nie mogły już mieszkać w domu, trzeba było wybudować im kojce. Coraz więcej i więcej skrzywdzonych przez niegodziwych ludzi psów dostawało swój kawałek podłogi w swarzędzkim schronisku. Każdy z nich został otoczony gorącym uczuciem i cudowna opieką. Sama jednak miłość do życia nie wystarczy. Każde ziarenko ryżu, każdy odpadek z ubojni był na wagę złota.
Mimo lokalizacji w centrum, schronisko nie znalazło zrozumienia u okolicznych mieszkańców. Zamiast wspierać działalność zapaleńców, pomagać zwierzętom, zaczęły się skargi na smród, hałasy i uciążliwość ostatniej przystani wielu psich żyć. W międzyczasie zmarli też państwo Fitznerowie, sytuacja wydawała się beznadziejna.
Znaleźli się jednak na świecie ludzie, którzy nie poddali się, własnymi rękoma budowali kojce, pracowali od świtu do nocy. Zaczęli też walczyć o prawo zwierząt do godnego życia i śmierci w spokoju. Znaleźli źródła pożywienia dla psów. Żaden pies nie miał prawa być głodny, ludzie nie jedli, ale psy musiały coś dostać.
A psów i kotów ciągle przybywało…
Był piękny owczarek niemiecki Klaudiusz. Trafił do schroniska jako słodki szczeniak. Dlaczego? Bo ma dysplazję. Operacja ulżyła mu w życiu, ale nie wyleczyła. Po wielu miesiącach znaleźli się ludzie, którzy go zaadoptowali. Klaudiusz ma już swoich ludzi.
Był inny piękny pies w typie owczarka. Szybko znalazł swój dom. Był tam jednak tylko pół roku. Właściciel odwiózł go do schroniska, kiedy okazało się, że pies jest śmiertelnie chory i trzeba go uśpić.
Była piękna wyżełka odebrana właścicielowi, który „za karę” nie dawał jej jeść i pić od wielu dni. Była przywiązana na krótkim sznurku za stodołą, bo z głodu zadusiła kurę. Otarła się o śmierć, ale pracownicy schroniska nie pozwolili jej umrzeć. Wspólnymi siłami doprowadzili sunię do zdrowia i znaleźli jej szybko nowy, wspaniały dom.
Żadnego psa nie usypia się w schronisku bez powodu, każdy ma tam swoje miejsce aż do czasu, gdy przekroczy Tęczowy Most.
Psów jednak ciągle przybywa, teraz jest ich tam około 200 i 20 kotów. O całą tę gromadę troszczą się raptem trzy kobiety. Same sprzątają kojce i obejście, same gotują jedzenie dla całego zwierzyńca. Zmęczenie jest rekompensowane przez radość ich podopiecznych.
Sił im wystarczy jeszcze na długo, ale wobec braku jedzenia i pieniędzy na niezbędne remonty nawet tak waleczne serca są bezradne. To, co otrzymują od ludzi dobrych serc, wystarcza na krótko. A zwierzęta przecież chorują, trzeba je szczepić, odrobaczać…
Potrzebna jest wszelka pomoc. Od jedzenia, poprzez leki, budy i pieniądze.
W tej chwili do Swarzędza przywożone są psy z sześciu gmin. Schronisko otwarte jest w godzinach od 10 do 16, najlepiej jednak przyjechać po 14, kiedy psy są już nakarmione i pracownicy mają chwilę, by opowiedzieć trochę o psach i kotach.
|
|
 |
|
|
|